Gdyby do udziału w szczepieniach zgłosiły się także prywatna przychodnia w Rynku oraz szpital powiatowy, nie mielibyśmy w naszym mieście takiego zatoru w szczepieniu seniorów, jaki obecnie mamy. Jednak kiedy był czas na przystąpienie do programu, podmioty lecznicze w naszym mieście oglądały się jedne na drugie. Efekt jest taki, że w połowie stycznia mieszkańcy Złotoryi obudzili się z przysłowiową ręką w nocniku, bo na wysokości zadania stanęła tylko Przychodnia Rejonowa, która jako jedyna szczepi złotoryjan spoza tzw. grupy 0. Mimo to są radni, którzy uparcie uważają, że miejska lecznica powinna podpatrywać i uczyć się jakości usług od konkurencji.
W Złotoryi jest ok. 4,6 tys. mieszkańców w wieku powyżej 60 lat. Przychodnia Rejonowa tygodniowo może zaszczepić 30 z nich, bo tylko tyle szczepionek dostaje, zresztą jak każdy punkt w kraju. Gdyby tylko połowa z nich wyraziła chęć uczestnictwa w programie, trzeba by ok. 1,5 roku, żeby ich wszystkich zaszczepić (jeśli oczywiście nie zwiększy się podaż szczepionek). Pozostała, młodsza część populacji ma jeszcze odleglejszą perspektywę.
A mogło być dużo szybciej, gdyby bezpieczeństwo zdrowotne złotoryjan wzięły sobie bardziej do serca inne podmioty lecznicze funkcjonujące na terenie Złotoryi. Ale od początku.
Narodowy Fundusz Zdrowia ogłosił nabór placówek do szczepień populacyjnych 4 grudnia ubiegłego roku. Podmioty wykonujące działalność leczniczą mogły składać oferty do Narodowego Programu Szczepień przeciwko SARS-CoV-2 do 11 grudnia. Wystarczyło wypełnić formularz zgłoszeniowy dostępny na stronie internetowej oraz spełnić kilka wymagań. Jakich? Punkt szczepień miał być dostępny dla pacjentów minimum 5 dni w tygodniu i dysponować co najmniej 1 zespołem wyjazdowym przeznaczonym dla pacjentów, którzy nie mogą do niego dotrzeć (mógł to być ten sam zespół, który szczepi pacjentów w ambulatorium). NFZ wymagał do tego, by punkt miał warunki lokalowe umożliwiające skuteczną separację osób szczepionych od pozostałych pacjentów oraz możliwość realizacji – tu uwaga – minimum 180 szczepień tygodniowo! (przez 1 zespół szczepiący). Przy czym nie wymagano oddzielnych wejść czy pomieszczeń – wystarczyło np. tak ustalić godziny szczepień, żeby nie nakładały się na czas zwykłych wizyt w lecznicy.
Zgłaszać się mogły przychodnie POZ i AOS (podstawowa opieka zdrowotna i ambulatoryjna opieka specjalistyczna), lekarze samodzielnie prowadzący praktykę czy szpitale. Co istotne, nie trzeba było mieć nawet wcześniej umowy z NFZ.
Nie licząc kilkunastu prywatnych praktyk lekarskich, w Złotoryi mamy kilka niepublicznych przychodni i zespołów gabinetów oraz dwa szpitale: powiatowy i wojewódzki. Jest też jedną przychodnię publiczną, przy ul. Kwiskiej. To jednostka miejska. I tylko ona ostatecznie zgłosiła się do programu (na zdjęciu obok). Inne podmioty lecznicze nie zaangażowały się. Dlaczego, skoro w sąsiednim Jaworze powstały 4 punkty, w tym 3 w placówkach prywatnych, a w Zagrodnie 2, w tym jedna prywatna?
Pytamy o to o Bogusławę Nalepkę, która zarządza przychodnią Mederi przy ul. Słonecznej. – Nie mamy warunków lokalowych, żeby utworzyć punkt szczepień. Już teraz jest u nas ciasno. Gdybyśmy się nawet zgłosili, nie przeszlibyśmy wymagań – tłumaczy.
Dzwonimy też do Jadwigi Szeląg, która jest właścicielem gabinetów lekarskich przy ul. Solnej. – Nie mam możliwości utworzyć punktu szczepień w poradni specjalistycznej. Nie dostałabym zgody na wykonywanie szczepień. Jestem ginekologiem położnikiem, nie prowadzę praktyki lekarza rodzinnego – twierdzi.
Zarówno w Mederi, jak i na Solnej, kierownictwo placówek i ta część personelu, która wyraziła zgodę, zaszczepili się przeciwko koronawirusowi – w złotoryjskim szpitalu, w grupie parowników ochrony zdrowia.
O ile jednak można by jeszcze zrozumieć przychodnie specjalistyczne, że nie zgłosiły się do programu, o tyle trudno znaleźć usprawiedliwienie dla postawy NMED-u. To prywatna przychodnia w Rynku i jedyna obok przychodni miejskiej placówka w Złotoryi wykonująca świadczenia POZ. Wyposażona jest m.in. w punkt do szczepień obowiązkowych. Zapisanych jest do niej ok. 3600 pacjentów, głównie złotoryjan. Wśród nich bez wątpienia są również seniorzy, którzy mają być szczepieni w pierwszej kolejności. Jeśli mieli nadzieję, że zaszczepią się w swojej placówce, u swojego lekarza, to mogą czuć się bardzo rozczarowani – ich przychodnia nie znalazła się wśród 6,1 tys. placówek, które zakwalifikowano do programu. Dlaczego NMED nie stanął na wysokości zadania i nie zadbał o zdrowie swoich pacjentów w kwestii covidu?
– Startowaliśmy w naborze. Ale nie wszyscy chętni dostali możliwość utworzenia punktu. Nie miałem na to żadnego wpływu – twierdzi Nidal Najjar, dyrektor NMED-u. – Otrzymaliśmy pismo z NFZ, że jesteśmy na liście placówek i w razie potrzeby będziemy angażowani. Jesteśmy do tego chętni i gotowi, w każdej chwili, gdy tylko NFZ do nas zadzwoni – dodaje.
W rozmowie z nami dyrektor Najjar utrzymuje, że dotrzymał wszelkich procedur i zmieścił się w terminie zgłoszeń. Posuwa się nawet do stwierdzenia, że NFZ przedłużył termin składania ofert. Dopytujemy kilkukrotnie, w którym dokładnie dniu w takim razie złożył dokumenty, ale konkretnej odpowiedzi nie otrzymujemy. – Nie pamiętam kiedy. Na pewno w grudniu – ucina.
Sprawdziliśmy to, co mówi Najjar, u źródła, czyli w NFZ. I z pełną odpowiedzialnością możemy napisać, że dyrektor NMED-u mija się z prawdą, i to w kilku kwestiach.
– Termin naboru na punkty szczepień populacyjnych został wyznaczony na 11 grudnia 2020 r. i nie był przedłużany. 17 grudnia ogłoszono jedynie dodatkowy nabór w 7 gminach, w których nie wyłoniono punktu szczepień – odpisała nam Anna Szewczuk-Łebska, rzecznik prasowa wrocławskiego oddziału NFZ. – Podmiot reprezentowany przez lek. med. Nidala Najjara, dyrektora generalnego, przesłał zapytanie w sprawie utworzenia punktu szczepień i formularz 4 stycznia tego roku – dodała. A więc gdy już dawno było po naborze.
Pani rzecznik przekazała nam również jeszcze jedną bardzo istotną informację w tej sprawie: wszystkie podmioty, które się zgłosiły do udziału w programie i spełniały warunki, dostały punkt szczepień.
Od szefa NMED-u nie uzyskujemy odpowiedzi, dlaczego nie zgłosił swojej placówki w terminie. Pytamy więc wprost: czy może chodzi o to, że – jak twierdzą niektórzy – stawka 62 zł za jedno szczepienie, którą proponuje NFZ, czyni całą procedurę mało opłacalną pod względem ekonomicznym. – My na to nie patrzymy. Służymy społeczeństwu – zapewnia dyrektor.
Czy uniemożliwienie swoim pacjentom zaszczepienia się na covid w okresie pandemii i zostawienie ich na lodzie jest dobrze pojętą służbą wobec nich? Odpowiedź na to pytanie zostawiamy naszym czytelnikom.
Na ostatniej sesji swojego szefa próbowała bronić Barbara Listwan, lekarka, która jest zatrudniona w NMED. Radna próbowała wyjaśnić, że przychodnia w Rynku chciała przystąpić do programu szczepień, ale nie otrzymała zgody. Zrobiła to, nawiasem mówiąc, dość nieudolnie. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że jeszcze bardziej pogrążyła właściciela NMED-u. Powołała się bowiem na korespondencję z NFZ-em. Udostępniła ją przed sesją radnym. Wynika z niej jasno, że dyrektor Najjar wysłał formularz zgłoszeniowy dopiero 4 stycznia tego roku. Tego samego dnia NFZ odpisał: „Zgłoszenia, które wpłynęły będą rozpatrywane według potrzeb (informacja zawarta w ogłoszeniu), które wystąpią na danym terenie w trakcie już rozpoczętego procesu szczepień populacyjnych”.
Co to oznacza? Że NMED mógłby mieć szansę w dodatkowym naborze, gdyby się pojawiło więcej szczepionek. Ale na razie, jak mówią w NFZ, nie ma czym szczepić, więc nie ma też szans, żeby powstał w Złotoryi drugi punkt szczepień na covid. Gdyby przychodnia w złotoryjskim Rynku dotrzymała grudniowego terminu, od 2 tygodni szczepiłaby już swoich seniorów.
Do wyjaśnień radnej Listwan odniósł się na stronie internetowej swojej placówki Ireneusz Żurawski, kierownik Przychodni Rejonowej w Złotoryi, która jako jedyna w mieście przystąpiła do programu szczepień populacyjnych. – Jest to żenująca manipulacja. Wstyd. To tak, jakby mieć pretensje do maszynisty, że odjechał planowo pociągiem, a przyszło się na dworzec 24 dni później – napisał.
Tłumaczenia Barbary Listwan na sesji 28 stycznia to pokłosie dyskusji, która wywiązała się dwa wcześniej na komisji bezpieczeństwa, zdrowia i spraw społecznych. Jeden z rajców zapytał wtedy burmistrza, dlaczego do programu szczepień przystąpiła w naszym mieście tylko Przychodnia Rejonowa.
– To doskonałe podsumowanie toczącej się w naszym mieście od kilku lat dyskusji, że prywatna przychodnia jest lepsza, a nasza, miejska, jest be. Odpowiedź na to pytanie jest banalnie prosta: bo prywatnemu właścicielowi to się nie opłaca – stwierdził Robert Pawłowski. Burmistrz miał na myśli dodatkowe środki, które zgodnie z wymaganiami NFZ trzeba wyłożyć na zespoły dojeżdżające ze szczepionką do pacjenta czy na zabezpieczenia w placówce. Jego zdaniem miejska przychodnia podjęła się tego zadania, bo nie jest nastawiona na zysk i w jej statut wpisana jest misja wobec społeczności miasta.
W obronie NMED-u stanęła Barbara Zwierzyńska – radna, która wielokrotnie wcześniej na różnych forach próbowała udowodnić nieefektywność działania przychodni miejskiej (na styczniowej sesji ponownie zresztą wyraziła oczekiwanie, żeby placówka przy ul. Kwiskiej świadczyła swoje usługi na chociażby poziomie porównywalnym z przychodnią w Rynku, co w świetle nieprzystąpienia NMED-u do programu szczepień należy uznać za wypowiedź wręcz kuriozalną i oderwaną od rzeczywistości).
– To tak łatwo ocenić i sugerować, że ktoś się nie zgłosił, bo mu nie zależało, bo się nie opłaca. Warto też spojrzeć w warunki. Należało spełnić warunki lokalowe umożliwiające całkowite oddzielenie ciągów pieszych dla osób idących do szczepienia i pozostałych pacjentów. Na tyle na ile znam warunki w pozostałych przychodniach w Złotoryi, takich warunków nie było ich. Ta ocena wydaje mi się trochę niesprawiedliwa – powiedziała na komisji radna Zwierzyńska.
– To jest bardzo sprawiedliwa ocena, ponieważ te warunki dotyczące oddzielenia ciągów na przykład do przyjmowania dzieci zdrowych i chorych powinny być zachowane wszędzie. Przychodnia miejska pewne standardy zachowuje, natomiast komuś innemu być może to się nie opłaca – odparował burmistrz.
Radna Zwierzyńska mija się jednak z prawdą, gdy mówi o konieczności „oddzielenia ciągów pieszych” – takiego warunku NFZ przy tworzeniu punktu szczepień nie stawiał. Mowa jest tylko o „skutecznej separacji osób szczepionych od pozostałych pacjentów, co może być realizowane poprzez wyodrębnienie lokalu i ciągów komunikacyjnych lub rozdzielenie harmonogramów przyjęć”. Wystarczyły więc same zmiany w organizacji czasu pracy, by inne placówki mogły się zgłosić do programu szczepień.
Do programu szczepień nie przystąpił również szpital powiatowy przy ul. Hożej, co jest o tyle dziwne, że był wyznaczony do szczepienia pracowników ochrony zdrowia (tzw. szpital węzłowy) i podczas grudniowego naboru było wiadomo, że powstanie tu covidowy punkt szczepień.
Zapytaliśmy o to prezeskę szpitalnej spółki Jolantę Klimkiewicz. „Szpital jest szpitalem węzłowym i wykonuje szczepienia tylko dla grupy 0. Nie zgłosiliśmy gotowości do wykonywania szczepień populacyjnych” – odpowiedziała zdawkowo.
– Robiliśmy przymiarki, żeby otworzyć w naszym szpitalu punkt populacyjny, ale stanęło na tym, że przychodnie się tym zajmą – doprecyzowuje starosta Wiesław Świerczyński.
NFZ twierdzi jednak, że nie było żadnych przeciwwskazań, żeby w złotoryjskim szpitalu powstał drugi w naszym mieście punkt szczepień dla seniorów, a potem dla reszty populacji, bo szpitale węzłowe mogły stać się szpitalami populacyjnymi. – Zgłaszały się te placówki, które chciały. Nie było ograniczeń dla podmiotów leczniczych – podkreśla Anna Szewczuk-Łebska. Tak stało się w szpitalach w Jaworze i Lwówku Śląskim, gdzie wykonywane są szczepienia populacyjne.
Informacja o tym, że każdy punkt szczepień będzie otrzymywał tylko 30 szczepionek tygodniowo, pojawiła się dopiero 11 stycznia. – Taka jest decyzja rządzących i tego nie przeskoczymy. Wcześniej było dla nas oczywiste, że dostaniemy szczepionki w ilości proporcjonalnej do liczby mieszkańców. Miejska przychodnia dysponuje takim potencjałem organizacyjnym, że przy odpowiedniej liczbie szczepionek mogłaby zabezpieczyć szczepienia dla wszystkich swoich pacjentów, a także obsłużyć pacjentów innych przychodni na terenie miasta. W najczarniejszych snach nie spodziewałbym się, że tak będą rozdzielane, czyli po równo dla każdego (punktu szczepień – dop. red.). Jeżeli miesiąc wcześniej byłyby znane te zasady, na kolanach bym poszedł do przychodni prywatnych czy szpitala i prosił, żeby się zgłosiły do programu – tłumaczy burmistrz Pawłowski.
Kierownik miejskiej przychodni podkreśla z kolei, że w Złotoryi jest co najmniej kilkanaście prywatnych placówek medycznych. – Gdyby przystąpiła tylko jeszcze jedna, dostępność do szczepień byłaby dwukrotnie większa. Złotoryja otrzymywałaby nie 30, a 60 szczepionek tygodniowo. Byłoby 2 razy więcej osób zaszczepionych w tygodniu. Gdyby przystąpiło więcej placówek, dostępność byłaby proporcjonalnie większa – zauważa Żurawski.
Efekt jest taki, że tam, gdzie przychodnie prywatne poczuły odpowiedzialność za pacjentów i uczestniczą w procesie szczepienia, może być 60 lub 90 szczepionek, choć gmina ma 2 lub 3 razy mniej mieszkańców niż Złotoryja. Jako przykład Pawłowski podaje Zagrodno, gdzie – podobnie jak w Złotoryi – są dwie przychodnie POZ: publiczna i niepubliczna. Obydwu placówkom, choć nie należą one do dużych podmiotów, starczyło determinacji, by zgłosić się w terminie i przystąpić do programu. Dzięki temu w gminie, w której mieszka ok. 5 tys. osób, co tydzień jest dostępnych 60 szczepionek. To oznacza, że na ok. 240 seniorów w wieku 80+ Zagrodno otrzyma do końca marca 600 szczepionek, podczas gdy Złotoryja, która ma populację seniorów 80+ na poziomie 670 osób, tych szczepionek dostanie 300.
Przychodnia niepubliczna w Zagrodnie należy do Barbary Kołodziej, która zgłosiła się do programu szczepień, bo nie chciała zostawiać swoich pacjentów na poniewierkę po innych miejscowościach.
– Czuję się za nich odpowiedzialna. Jestem przekonana, że gdyby mieli jechać gdzie indziej, mieliby obawy. Na pewno zaszczepiłoby się o wiele mniej osób niż tu, na miejscu. Mają do nas zaufanie, do swojego lekarza. Sama jestem już zaszczepiona i jestem przekonana o słuszności szczepień, więc w dyskusjach z pacjentami staram się ich uspokoić i wszystko im wyjaśnić. Bo tam, gdzie nie ma wiedzy, rodzą się lęki – tłumaczy nam Kołodziej.
Jej przychodnia to niewielka praktyka, porównywalna z NMED-em. Zapytaliśmy więc panią doktor, jak sobie radzi organizacyjnie z takim wyzwaniem, jakim jest uczestnictwo w programie?
– Dla placówek, które mają ograniczony personel, prowadzenie szczepień populacyjnych to duży problem organizacyjny. Mamy 2 telefony i w zasadzie jeden z nich cały czas służy do obdzwaniania pacjentów. Do każdego trzeba zadzwonić 4-5 razy, więc cały personel pracuje dużo bardziej intensywnie niż zwykle – mówi lekarka. – Ale jestem przekonana, że to się opłaci w niedalekiej przyszłości i że dzięki obecnemu wysiłkowi i szczepieniom będzie mniej pracy potem, bo zgłosi się do nas mniejsza liczba pacjentów z dolegliwościami pocovidowymi.
fot. Pixabay














Filtry