To koniec pewnej epoki w historii Złotoryi. Po ponad 25 latach pracy przy zapisywaniu dziejów naszego miasta Roman Gorzkowski udaje się na zasłużoną kronikarską emeryturę. Gęsie pióro kronikarza złotego grodu przekazuje innemu złotoryjskiemu historykowi, Tomaszowi Szymaniakowi.
Ćwierć wieku i koniec. – Zmęczyło mnie to – przyznaje szczerze Roman Gorzkowski, który jest ojcem współczesnego złotoryjskiego kronikarstwa. – To mozolna praca, która pochłania setki godzin w ciągu roku. A człowiek jest coraz starszy, oczy się szybciej męczą, coraz trudniej wstać po długim siedzeniu od biurka... Zdecydowały więc względy zdrowotne. To są olbrzymie koszty, których nie sposób policzyć.
Kronikarzem miejskim został w 1996 r. – formalnie, bo przecież pracując przy „Dziejach Złotoryi”, historię miasta przenosił na papier już kilka lat wcześniej. Miał kilkuletnią przerwę w latach 2010-2014, gdy został wybrany przewodniczącym złotoryjskiej rady miejskiej. Sam wtedy zrezygnował z funkcji kronikarza – nie chciał być zależny jako szef rady w żaden sposób od burmistrza miasta, bo to on dawał zlecenie na prowadzenie kroniki. Ale nawet wtedy, gdy zrobił sobie przerwę, gromadził materiały jako historyk, m.in. dla TMZZ.
W 1997 r. ukazały się wspomniane już „Dzieje Złotoryi”, książka w pewien sposób epokowa. Obejmowała historię miasta do roku 1995. Gorzkowski już wiele miesięcy przed jej wydaniem zaczął przekonywać ówczesne władze miasta, że warto losy miasta spisywać dalej, właśnie w formie kroniki miejskiej. Być może ktoś podejmie się w przyszłości kontynuowania „Dziejów Złotoryi” – tłumaczył. I włodarzy miasta w końcu przekonał. Dostał nawet list polecający od ówczesnej zastępczyni burmistrza Krystyny Barcik, który miał mu ułatwić start i przychylność instytucji miejskich oraz różnych organizacji. Pierwszą kronikę przygotował już za rok 1996.
To właśnie konstrukcja jednej z najważniejszych książek dotyczących Złotoryi zdeterminowała wygląd kolejnych kronik. Podzielone są one na tematyczne działy, dotyczące poszczególnych sfer życia miejskiego (np. gospodarka, wybory, oświata itp.) i nawiązujące do spisu treści w „Dziejach Złotoryi”. – Teoretycznie kronika powinna być pisana z dnia na dzień. Ale, no właśnie, jeśli ktoś kiedyś podejmie się dopisania dalszej części dziejów miasta, będzie miał ułatwione zadanie, bo dzięki układowi treści, który zastosowałem, szybciej znajdzie przy przeglądaniu kronik potrzebne informacje– wyjaśnia Gorzkowski.
Ale zastosowanie układu tematycznego, a nie chronologicznego, miało też uzasadnienie praktyczne. – Trudno jest pisać kronikę z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, bo często opis jakiegoś wydarzenia ukazuje się dopiero kilka tygodni później, czasem trzeba dłużej czekać na materiały albo dopiero po kilku miesiącach jest możliwość ich uzupełnienia – przyznaje były już kronikarz miejski.
Kroniki, które zaczął prowadzić Gorzkowski, były tak naprawdę pierwszymi stricte miejskimi kronikami miejskimi. Co prawda po wojnie taką funkcję pełniła kronika parafialna pisana przez pierwszego proboszcza w Złotoryi ks. Michała Dunasa, ale urwała się na początku lat 60. Później były także kroniki zakładowe, ale w większości zaginęły.
Praca kronikarza bez wątpienia wymaga pasji i poświęcenia własnego czasu. To tak naprawdę nieustanne gromadzenie wszelkich materiałów papierowych dotyczących życia miasta: plakatów, ulotek wyborczych, biuletynów, wydawnictw, starych widokówek, artykułów z prasy lokalnej itp. A przede wszystkim zdjęć, bo to one w zasadzie wypełniają kroniki. Jeszcze w czasach fotografii analogowej kronikarz miasta często korzystał z zasobów „Gazety Złotoryjskiej”. Ale nie tylko – fotografii szukał w szkołach, organizacjach społecznych, instytucjach miejskich, takich jak ośrodek kultury czy CIT. W każdym opasłym tomie znajduje się wykaz autorów zdjęć.
Kronikarz zbierał te wszystkie materiały przez cały rok i znosił do domu. Musiał więc liczyć na wyrozumiałość domowników. W przypadku Romana Gorzkowskiego to „chomikowanie” wymagało też pewnego przeorganizowania mieszkania – trzeba było wydzielić specjalną szeroką półkę w szafie, na której były składowane elementy przyszłej kroniki. Na szczęście jego pasję podzielała żona, która wspierała go przez lata w pracy kronikarza.
W prowadzeniu kroniki Gorzkowskiemu pomagała przez lata także funkcja radnego miejskiego, którym był przez ładnych kilka kadencji. Miał dzięki temu łatwy dostęp do wielu sprawozdań omawianych na forum rady. Wszystko skrzętnie odkładał. A gdy kończył się rok, siadał i składał wszystko w całość. – Zwykle zredagowanie jednego tomu kroniki to praca ciurkiem przez 1,5 miesiąca. Ten czas nie uwzględnia chodzenia za materiałami i ich przygotowania do wklejenia, czyli wycinania konkretnych fragmentów i dzielenia ich tematycznie – tłumaczy.
W ostatnich latach pracę kronikarzowi ułatwiło upowszechnienie internetu i mnożenie się lokalnych stron internetowych. Przyznaje, że dzięki nim jest mniej chodzenia za materiałami. – Strony nie są ograniczone objętościowo jak wydawnictwa papierowe, więc z czasem można było na nich znaleźć więcej informacji czy zdjęć niż w prasie – tłumaczy.
Ostatnią kroniką, jaką zrobi Roman Gorzkowski, będzie ta za pandemiczny rok 2020. Kolejną przygotuje już Tomasz Szymaniak, który został nowym kronikarzem Złotoryi. – Cieszę się, że urząd miasta znalazł mojego następcę. Dobrze, że to historyk – z natury rzeczy musi być zainteresowany miastem, tu się zresztą wychował i pracuje. Jako historyk wie, gdzie szukać materiałów do kroniki, ma niezbędny warsztat. Redaguje poza tym „Echo Złotoryi”, więc nie ma problemów z pisaniem. A przede wszystkim to człowiek młody, jedno pokolenie młodszy ode mnie, inaczej patrzący na sprawy techniczne – podkreśla Gorzkowski.
W tym miejscu dodajmy, że nowy kronikarz planuje m.in. wprowadzić również internetową wersję kroniki. – Teraz coraz rzadziej robi się kroniki w formie papierowej – zauważa Roman Gorzkowski. – Ja mam jednak przekonanie, że jeśli coś jest zrobione w papierze, to przetrwa setki lat, jeśli oczywiście ktoś tego nie spali lub nie wyrzuci na śmietnik – uśmiecha się.














Filtry