Pani Maria w niedzielę była tak chora, że nie mogła złapać oddechu. Mimo to lekarka złotoryjskiego szpitala dwukrotnie miała jej odmówić przyjęcia na oddział. W poniedziałek pani Maria już nie żyła. Zmarła na oczach męża i syna… Ta historia od kilku dni bulwersuje złotoryjan, którzy nie zostawiają suchej nitki na szpitalu powiatowym. Komentarze są bardziej niż dosadne. W tle jest koronawirus i testy, na których wyniki pani Maria już nie czeka. O tym, jak umierała, opowiedział nam jej mąż.
To jest historia o bezradności pacjenta w zderzeniu z absurdami polskiej służby zdrowia. O strachu przed koronawirusem, który pozbawia zdrowego rozsądku i empatii, niszczy ludzkie odruchy, spuszcza zasłonę na przysięgę Hipokratesa, a wreszcie niebezpiecznie zbliża do granic, poza którymi nikt nie dba już o przestrzeganie prawa. To wreszcie historia o tym, jak niektórzy lekarze chyba zapominają, że ich miejsce w czasie epidemii – tak jak miejsce żołnierzy w czasie wojny – jest na „froncie”.
Maria Janiak. Znało ją wielu złotoryjan. Była długoletnią pracownicą złotoryjskiego szpitala. Kto miał poważniejsze problemy z kręgosłupem czy stawami, ten musiał się z nią spotkać – to przez jej ręce przechodziły skierowania na zabiegi rehabilitacyjne. Zawsze pogodna i mająca w zanadrzu dobre słowo, szczera do bólu, ale też bardzo życzliwa ludziom. O takich jak „pani Marynia” mówi się: „wulkan energii” – wszędzie jej było pełno, ale to tylko z korzyścią dla placówki, w której pracowała. Znana była z tego, że niemożliwe zamieniała w „da się zrobić”. Gdy tylko potrafiła, starała się pomóc pacjentom zderzającym się z bezdusznymi paragrafami polskiej służby zdrowia. Niestety, sama tej pomocy na czas nie otrzymała.
Pani Maria od jakiegoś czasu chorowała. Miała strasznie męczący kaszel i gorączkę dochodzącą prawie do 40 st. C. Podejrzewano zakażenie koronawirusem, więc w poniedziałek tydzień temu pobrano jej wymaz, a dzień później test zrobiono również jej mężowi. Na wyniki trzeba było jednak poczekać. Jak się później okazało – bardzo długo.
W niedzielę stan zdrowia pani Marii gwałtownie się jednak pogorszył. Zaczęła się dusić. Mąż wsadził ją więc do samochodu i zawiózł do złotoryjskiego szpitala, licząc na to, że udzielą im tam pomocy.
Lekarka, która tego dnia miała dyżur na izbie – pediatra – odmówiła jednak przyjęcia do szpitala, gdy usłyszała o objawach i podejrzeniu zakażenia koronawirusem. – Żona poprosiła, żeby przynajmniej ją zbadała, ale odmówiła. Żona miała trudności z oddychaniem i musiała zsunąć maskę, więc lekarka wiedziała, z kim rozmawia, znała żonę. Nie wpuściła nas na izbę, czekaliśmy cały czas na korytarzu. Tłumaczyła się, że nie mają miejsca na oddziale wewnętrznym. Odesłała nas na legnicki SOR. Wyszliśmy więc ze szpitala i zadzwoniłem do Legnicy. Usłyszałem, że nie mają tam wolnych miejsc – relacjonuje Jacek Janiak, mąż zmarłej złotoryjanki.
Pan Jacek przez telefon usłyszał jednak coś jeszcze. – Na SOR-ze byli zaskoczeni tym, jak nas potraktowano w złotoryjskim szpitalu. Powiedzieli mi, że szpital ma obowiązek przyjąć żonę i zrobić jej resuscytację, że odmawiając przyjęcia i przeprowadzenia badania, łamie prawo. I że powinienem zażądać odmowy przyjęcia żony na piśmie – dodaje zirytowany.
Wrócił więc z żoną pod izbę. Tym razem „powitał” ich ochroniarz. Po pertraktacjach z nim udało się sprowadzić jeszcze raz dyżurującą lekarkę. Ta, mimo próśb i tłumaczeń, ponownie odmówiła przyjęcia pani Marii na oddział wewnętrzny.
– Zażądałem więc wydania odmowy na piśmie. Lekarka zniknęła, po kilku chwilach wróciła, uchyliła drzwi, wystawiła rękę z kartką papieru nawet nie popatrzyła nam w oczy. Nigdy nie zapomnę tego widoku. Potraktowali nas jak śmieci. Co było na papierze, który wręczyła nam lekarka? Brzmi kuriozalnie, ale to było skierowanie na oddział chorób wewnętrznych w szpitalu w Złotoryi, w którym odmówiono przyjęcia pacjenta! – w panu Jacku rozgoryczenie miesza się z wściekłością.
Zabrał więc chorą żonę, której nie udzielono żadnej pomocy, do domu. Wejście po schodach do mieszkania trwało pół godziny, bo pani Maria z trudem łapała już oddech. Jej mąż próbował jeszcze szukać pomocy na SOR-ze w Bolesławcu. Bezskutecznie.
– Też nie mieli miejsca, usłyszałem w słuchawce, że dwie karetki stoją właśnie na podjeździe i czekają. Poradzili mi za to, żeby wezwać… policję do naszego szpitala, bo nie miał prawa odmówić zbadania i przyjęcia mojej żony – opowiada Jacek Janiak.
W poniedziałek na ratunek dla pani Marii było już za późno. Koło południa zaczęła tracić przytomność. Chwilę później przestała oddychać. Mąż wezwał pogotowie ratunkowe i zaczął reanimować żonę. Pomagał mu w tym 19-letni syn. Walczyli razem o jej życie przez jakieś 20 minut, później zmienili ich ratownicy, którzy przez godzinę próbowali przywrócić czynności życiowe. Niestety, bez rezultatu.
Pan Jacek nie kryje ogromnego żalu do lekarzy ze złotoryjskiego szpitala. – Lekarka z izby przyjęć bez badania, przez szybę, stwierdziła, że żona choruje na covid. Nie wzięła pod uwagę, że to może być ciężkie zapalenie płuc z obrzękiem. Odmówiła nie tylko przyjęcia na oddział, ale wykonania podstawowego badania, które mogło uratować mojej żonie życie. Tak podziękowano za pracę pracownikowi szpitala z 35-letnim stażem – kiwa z niedowierzaniem głową mąż zmarłej. Trudno mu powstrzymać emocje, ale nie ma się temu co dziwić. – Na drugi dzień ustaliłem nieoficjalnie, że oddział wcale nie był zapełniony. Zgłosimy tę sprawę w prokuraturze, nie zostawimy tego tak. Jeśli doszło do złamania przepisów, będziemy walczyć, żeby nikt już więcej przez zaniedbania złotoryjskiego szpitala nie skończył tak jak moja żona – dodaje.
Pani Maria nie żyje. Pan Jacek jest w żałobie. A wyników testu na koronawirusa nie ma do tej pory…
Sprawa śmierci pracownicy szpitala, która w swoim zakładzie pracy – od ludzi, z którymi od lat współpracowała – nie doczekała się pomocy medycznej mogącej jej uratować życie, wstrząsnęła opinią społeczną w Złotoryi. Padają mocne słowa, których dotąd nikt raczej publicznie nie miał odwagi wypowiadać. Komentują nie tylko internauci na naszym portalu czy Facebooku. Jedna z naszych czytelniczek wysłała nam SMS-a o takiej treści: „To jest ofiara dziadostwa szpitalnego. Już dawno powinni ten szpital zamknąć, a nie go ciągle reanimować”.
W wielu komentarzach pojawia się ten sam wątek: że lekarze powinni leczyć, a nie chować się przed koronawirusem. Internautom nie mieści się w głowie, że chorej, umierającej osoby można nie przyjąć do szpitala. Domagają się ukarania tych, którzy są winni ewentualnym nieprawidłowościom w złotoryjskim szpitalu. Chcą, by sprawą zajęła się prokuratura. Jeden z komentujących zaproponował nawet, żeby powołać… komisję śledczą. Oto niektóre z komentarzy:
„Zastanawiające jest to, że kobiecie nie pomógł szpital, dla którego tak bardzo się poświęciła. Jej nie zabił nibywirus COVID, a chory system, który nagle zaczął panować w szpitalach. Od czasu kiedy pojawiła się ta nibychoroba przestały istnieć zapalenia płuc, oskrzeli czy rotawirusa. To wszystko to COVID.”
„Domagamy się, aby tą sprawą zajęła się Prokuratura. To jest niedopuszczalne, aby szpital odmówił przyjęcia pacjenta, a lekarka nawet du.. nie ruszyła, żeby zbadać pacjentkę. Jutro to może spotkać kogoś z naszych bliskich.”
„Lekarze nie macie wstydu. Zasłaniacie się wirusem, by nie udzielać pomocy potrzebującym pacjentom. Czy już nie ma innych chorób tylko korona? Przecież równie dobrze gorączkę można mieć od zęba, gardła czy nawet niezdiagnozowanego raka. To się w głowie nie mieści co wy wyprawiacie!”
„Nawet jeżeli to był koronawirus to lekarze nie mają prawa się bać tylko powinni udzielać pomocy. Na kogo mamy liczyć, jak nie na nich właśnie w tych ciężkich czasach.”
„To, że w tym szpitalu umierają ludzie w czasie leczenia i mało kto wychodzi z tego szpitala o własnych nogach to już wszyscy wiedzą w tym mieście, ale nieudzielenie pomocy potrzebującemu człowiekowi i do tego pracownikowi tego szpitala to jest coś niewyobrażalnego.”
„Cudowne jest to, że u żadnego lekarza prywatnie żaden covidowy wirus nie istnieje. A w szczególności u lekarzy ze złotoryjskiego pseudoszpitala. Zastanawiam się, jak miewa się lekarka która przyczyniła się do śmierci pacjentki, na pewno jest z siebie dumna.”
„Każdy miał kogoś w tym szpitalu i dziwnym trafem osoba wchodziła do szpitala o własnych siłach, a wychodziła nogami do przodu. Po co nam taki szpital. To już standard, że ludzie potrzebujący pomocy błagają kierowców karetki, żeby tylko nie do umieralni w Złotoryi.”
Co na to wszystko kierownictwo szpitala? Wczoraj zadzwoniliśmy do prezeski placówki i zapytaliśmy ją, czy to prawda, że szpital odmówił pomocy chorej wieloletniej pracownicy.
– W poniedziałek poprosiłam moich 4 współpracowników: panią doktor, 2 pielęgniarki i ratownika medycznego o złożenie wyjaśnień. Jak na razie tylko jedna osoba, ratownik, takie wyjaśnienie złożył. Dopóki nie otrzymam wszystkich, nie mogę udzielać oficjalnych informacji na ten temat – mówi Jolanta Klimkiewicz.
Pani prezes jest na razie ostrożna w wypowiedziach, ale nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że w placówce, którą od niedawna kieruje, wrze. Pracownicy są zbulwersowani tym, jak potraktowano ich koleżankę na izbie przyjęć. Są u nas lekarze, którzy bardzo lekceważąco podchodzą do pacjentów. I teraz będziemy mieli na głowie prokuratora – usłyszeliśmy od jednego z nich.
O możliwe nieprawidłowości zapytaliśmy też wczoraj starostę powiatu złotoryjskiego będącego właścicielem lecznicy. – Rozmawiałem z panią prezes i czekam aktualnie na wyjaśnienia. Na dzień dzisiejszy nie mogę więc udzielić żadnej odpowiedzi – powiedział tylko Wiesław Świerczyński.
Przypomnijmy, że 2 tygodnie temu starosta poinformował nas, że w złotoryjskim szpitalu został uruchomiony specjalny oddział obserwacyjny. W przypadku gorszego samopoczucia mają na niego trafiać osoby z podejrzeniem zachorowania na covid – do czasu ewentualnego potwierdzenia u nich zakażenia.
Tymczasem wczoraj Jolanta Klimkiewicz w rozmowie z TVN24 powiedziała, że w naszym szpitalu nie ma oddziału covidowego. Przyznała też, że pani Maria zgłosiła się do nocnej i świątecznej opieki ambulatoryjnej w złotoryjskim szpitalu. – Tam udzielono jej doraźnej pomocy. Pani doktor pouczyła ją, że powinna zawiadomić pogotowie i pojechać do szpitala z oddziałem dla osób zakażonych koronawirusem – powiedziała prezeska cytowana przez portal tvn24.pl.
– To kłamstwo! Żadnej pomocy nie otrzymaliśmy – nie kryje poirytowania mąż zmarłej złotoryjanki. – Mogę pochwalić tylko akcję ratunkową pogotowia, pełen profesjonalizm i zaangażowanie. Szkoda że za późno. Pomógł również kierownik Przychodni Rejonowej w Złotoryi, w sprawie wymazów i i sekcji. Tyle dobrego o naszej służbie zdrowia mogę powiedzieć. Tak dużo i tak niewiele.













