Aktorka, której pasją nie jest scena, lecz brydż sportowy. W swoim CV ma epizod listonoszki. W dzieciństwie chodziła w butach ze Złotoryi, które wspomina wyjątkowo dobrze. Przyznaje, że jest nieśmiała, że uwielbia Rolling Stonesów i ma ogromny sentyment do lat 60. ubiegłego wieku – taka jest Renata Dancewicz, która wczoraj spotkała się z widzami w złotoryjskim kinie Aurum.
Renata Dancewicz opowiedziała o swojej drodze do kariery aktorskiej, która wcale nie była prosta.
– Za pierwszym razem nie dostałam się na aktorstwo, wylądowałam więc na prawie w Warszawie, bo tak chciał tata. Do szkoły filmowej w Łodzi zdałam za drugim razem, ale na drugim roku wyrzucili mnie. Znowu zostałam bez pomysłu, co zrobić z młodym życiem. Pojechałam więc do Norwegii pracować. Ale zbyt wiele nie zarobiłam, nie szło to dobrze, musiałam jeszcze pożyczyć pieniądze na powrót – wspominała z rozbawieniem. – Jak wróciłam, zostałam listonoszem, żeby zarobić na wakacje. Pracowałam na poczcie przez miesiąc lub dwa. To był dobry okres pod względem finansowym, bo listonosz wtedy roznosił wszystkie emerytury, renty, przelewy finansowe. A w narodzie był taki szlachetny nawyk, że końcówkę się zostawiało listonoszowi, więc miałam dwa razy więcej z napiwków niż wypłaty.
Po przygodzie ze szkołą filmową w Łodzi trafiła – autostopem – do Wałbrzycha, do Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego, gdzie pod skrzydłami Włodzimierza „Wowo” Bielickiego uczyła się sztuki aktorskiej, występując na deskach teatru przez kilka lat. Wtedy też zadebiutowała na dużym ekranie – rolą w filmie „Samowolka” Feliksa Falka.
Kolejne role filmowe przyszły szybko, choć niektóre były dla młodej aktorki dużym wyzwaniem. Tak jak ta w filmie erotycznym „Diabelska edukacja” Janusza Majewskiego. – Poszłam na zdjęcia próbne, ale gdy przeczytałam scenariusz, to odmówiłam. Nie widziałam się w tym. Nie znaleźli jednak nikogo innego, propozycja była cały czas aktualna i ponawiana, więc za namową mamy zgodziłam się. To był krótki film, ale wyszedł całkiem dobrze. Gdybym nie musiała się rozbierać, podobałby mi się jeszcze bardziej – przyznaje aktorka po latach.
Z tamtym filmem wiąże się zabawna historia, którą Dancewicz opowiedziała w kinie Aurum: – Moja babcia była bardzo pobożną osobą. Poszła raz do spowiedzi i powiedziała księdzu, że wnuczka rozbiera się w filmie, Zapytała, czy to grzech. Ksiądz odpowiedział jej oczywiście, że tak. Ale wtedy babcia się żachnęła i powiedziała: „Proszę księdza, to jest praca, to nie jest rozpusta!”.
Starsi widzowie najbardziej kojarzą Dancewicz z serialem „Ekstradycja” oraz słynnym filmem „Pułkownik Kwiatkowski”. – Na ulicy długo dla ludzi byłam Krysią, ukochaną pułkownika Kwiatkowskiego – uśmiecha się aktorka. W obu produkcjach grała u boku Marka Kondrata. – „Pułkownika Kwiatkowskiego” odbieram trochę jako taką czeską, szwejkowską komedię. Początkowo ten film nie miał jakiegoś wyjątkowego odbioru w kinach czy na festiwalach. Fenomenem stał się dzięki telewizji – zaznacza.
Dancewicz podczas spotkania poświęciła też kilka zdań reżyserowi Kazimierzowi Kutzowi, z którym współpracowała na planie „Pułkownika Kwiatkowskiego”. – Narzucił mi, że mam do niego mówić po imieniu. Trochę się migałam, bo był równo 40 lat ode mnie starszy. W końcu się przemogłam. Uwielbiałam go, jego uwielbiali zresztą wszyscy aktorzy, bo był bardzo prostym, serdecznym człowiekiem, choć przy okazji bardzo złośliwym, no i potwornie przeklinał. Ale przeklinał nie w sposób zjadliwy, upokarzający kogoś, tylko miał po prostu taką ekspresję artystyczną – wspominała aktorka, która przywołała też kilka zabawnych i „nieprzyzwoitych” pod względem językowym anegdot z czasów współpracy z Kutzem.
![]()
W ostatnich latach Dancewicz funkcjonuje jako aktorka serialowa, głównie w serialu „Na Wspólnej”. Zdradziła jednak, że jej niezrealizowanym marzeniem zawodowym jest rola Holly Golightly ze „Śniadania u Tiffany’ego”: – Bardzo chciałam ją zagrać, bo strasznie mi się podobała ta powieść. Niestety, nigdy to się nie udało i raczej się już nie uda.
Aktorka opowiadała na spotkaniu ze złotoryjskimi widzami o pracy aktora od kuchni, wyzwaniach związanych z tym zawodem (zdradziła, że nienawidzi premier i że za kulisami często bywa bardziej ciekawie niż na scenie), o kręceniu scen erotycznych czy kondycji współczesnego filmu polskiego. Przyznała jednak podczas rozmowy ze Zbigniewem Gruszczyńskim, że nie jest za bardzo osadzona w środowisku aktorskim:
– Mam naturę autsajderską. Jak byłam mała, w środku chciałam być „królem dżungli”. Ale nie mam takiego charakteru, więc zawsze instynktownie ustawiam się z boku czy w kontrze, przez tę swoją nieśmiałość. Nie jestem duszą towarzystwa – wyznała.
Świetnie czuje się natomiast przy stole do brydża, w którego gra od ponad 20 lat, biorąc udział także w różnych mistrzostwach (została nawet odznaczona Brązowym Medalem Polskiego Związku Brydża Sportowego, którego jest członkinią).
– Jak to się zaczęło? Moja cała rodzina grała w karty. Nigdy w brydża, tylko w różne inne gry. Babcia, gdy jeździłam do niej na wakacje, nauczyła mnie grać w oczko. W brydża zaczęłam grać dość późno, najpierw w domowego, a potem sportowego. Dużo o nim czytałam, poszłam nawet na kurs. W końcu zaczęłam chodzić na turnieje w Warszawie, i w ten sposób poznałam ojca swojego syna, więc można powiedzieć, że mam dziecko dzięki brydżowi – śmiała się artystka. – Wciągnęłam się, ale to jest fascynujące. Są badania naukowe mówiące o tym, że jak się gra w brydża, to jest to zapora przeciwko chorobie Alzheimera. Bo to się wiąże z wychodzeniem z domu, z życiem społecznym, towarzyskim, spotkaniami, rozmowami. Gdybym nie musiała pracować jako aktorka, to bym jeździła po świecie i grała w brydża.
Aktorka została również zapytana m.in. o swój ulubiony film. – Takich filmów jest kilka, ale gdybym stała przed plutonem egzekucyjnym i musiała się zdecydować na jeden, to byłby to „Kabaret” z Lizą Minnelli. To wielki film ze świetną muzyka, i niestety coraz bardziej aktualny. Lubię też twórczość Carlosa Saury, te stare filmy, jak „Nakarmić kruki” z tą nieśmiertelną piosenką „Porque te vas”, nawet zrobiłam taką dyspozycję przyjaciołom, że ta piosenka ma być na moim pogrzebie, bo jest po prostu świetna – zdradziła.
Ulubioną książką artystki jest „100 lat samotności”, a zespół muzyczny, któremu jest najbardziej wierna, to Rolling Stonesi, na których koncertach była kilkukrotnie. – Słucham przede wszystkim muzyki z lat 60. i 70. – przyznała. – W ogóle jestem trochę taka staromodna i najmilej kojarzą mi się właśnie te lata 60. Nie żyłam właściwie w nich, pod sam koniec się urodziłam, ale wydaje mi się, że były okresem trochę rewolucyjnym w sensie obyczajowym, powstała wtedy moda dla nastolatków, były nowe ruchy społeczne i bunty, jak „Lato miłości” czy „Maj w Paryżu”. Podoba mi się ten sposób ubierania się kobiet, czesania, te słynne kreski na powiekach. Były już wtedy fajne wynalazki, telefony, samochody, adaptery, radio, telewizja, czyli wszystkie rzeczy, które są mi potrzebne do życia. Myślę, że ludzie byli wtedy bardziej analogowi, w tym sensie, że mieli więcej czasu i nie żyli tak szybko. Oczywiście trzeba rozdzielić lata 60. w PRL-u i w Europie, co było złego wtedy w Polsce to było, ale myślę, że PRL był takim okresem dosyć egalitarnym, nie było tak bardzo dużych różnic majątkowych i społecznych, społeczeństwo było bardziej wyrównane, ludzie wpadali do siebie bez zapowiedzi. Życie było po prostu bardziej ludzkie – opowiadała z nostalgią.
![]()
Spotkanie z aktorką zorganizowano w ramach XI Dolnośląskiego Festiwalu Filmowego Złoty Samorodek, na którym Dancewicz jest jurorką. Artystka przyznała jednak, że była w Złotoryi już kilka razy wcześniej – w młodości. Pochodzi z Lubina, gdzie się wychowywała i chodziła do szkoły. Do naszego miasta przyjeżdżała jako nastolatka, z koleżankami, których rodziny mieszkały w Złotoryi lub okolicznych miejscowościach.
Jedno z silniejszych złotoryjskich wspomnień Dancewicz wiąże się z… zakładami obuwia: – To były lata 80. Wiadomo, niewiele wtedy było w sklepach. Babcia mojej przyjaciółki załatwiła nam takie buty sportowe, a’la sneakersy. Długo te buty nosiłam, pamiętam do tej pory, jak wyglądały, że były takie biało-granatowo-czerwone. Miałam wtedy 16 lat.
Aktorka, która mieszka dziś w Warszawie, zdradziła że Dolny Śląsk pozostaje jej ulubioną częścią Polski. Jak dziś, po wielu latach, widzi nasze miasto?
– Złotoryja wygląda naprawdę świetnie. Artur Krajewski (drugi z jurorów – dop. red.), który jest tu pierwszy raz, chodził po mieście i mówił, że jest ekstra, był zachwycony – powiedziała. – Takie inicjatywy jak Złoty Samorodek są bardzo ważne. Nie chodzi o to, żeby udawać Hollywood, nie trzeba się ścigać, porównywać. W różnych miastach są różne tego typu imprezy, to sprawia, że ludzie żyją, że mają gdzie chodzić. Każde z tych miast ma swoją specyfikę. Na tym to polega, żebyśmy byli zadowoleni z miejsc, gdzie żyjemy.
Za przyjazd do Złotoryi i ciekawe spotkanie Renacie Dancewicz podziękował burmistrz Paweł Kulig. – Dziękuję serdecznie za te miłe słowa o naszym mieście i życzę mimo wszystko, aby udało się pani zagrać jeszcze w „Śniadaniu u Tiffany’ego” – powiedział na zakończenie spotkania.
Renatę Dancewicz będzie można zobaczyć jeszcze dziś, w niedzielę, o godz. 14, w Złotoryjskim Ośrodku Kultury podczas gali ogłoszenia zwycięzców festiwalu Złoty Samorodek.
![]()











Filtry